Długi horyzont

Długi horyzont

Czego sport wytrzymałościowy nauczył mnie o czasie, decyzjach i przywództwie

Im dłużej pracuję na rynku finansowym, tym bardziej dochodzę do wniosku, że najcenniejszym zasobem współczesnego świata nie jest kapitał, technologia ani nawet sztuczna inteligencja.

Jest nim zdolność myślenia w długim horyzoncie.

Żyjemy w epoce natychmiastowości. Wyniki finansowe rozliczamy kwartalnie. Informacje konsumujemy w kilkunastosekundowych filmach. Algorytmy uczą nas, że odpowiedź powinna pojawić się natychmiast, a sukces – najlepiej jeszcze przed końcem roku. Wszystko ma być szybciej.

Paradoksalnie właśnie dlatego sport wytrzymałościowy stał się dla mnie czymś znacznie więcej niż aktywnością fizyczną.

Stał się szkołą czasu.

Kilka lat temu stanąłem na starcie swojego pierwszego maratonu w Berlinie. Później przyszedł pierwszy pełny Ironman, a kolejne lata przyniosły starty w Tokio, Nowym Jorku, Chicago, Sydney, Bostonie i Cape Town, przeplatane zawodami triathlonowymi.

Dziś wiem, że żaden z tych startów nie był celem samym w sobie. Każdy był kolejnym rozdziałem tej samej podróży.

Z perspektywy kibica kulminacją jest przekroczenie linii mety. Dla zawodnika jest ona jednak jedynie krótkim epilogiem znacznie dłuższej historii. To, co naprawdę zmienia człowieka, wydarza się dużo wcześniej – podczas setek zwyczajnych treningów, poranków, w których łatwiej byłoby zostać w domu, chwil zwątpienia i powtarzalności, która z czasem przestaje być ciężarem, a staje się stylem życia.

Arystoteles pisał, że jesteśmy tym, co robimy wielokrotnie. Doskonałość nie jest więc czynem, lecz nawykiem.”

Nie znam lepszej definicji sportów wytrzymałościowych. Ironman czy maraton nie zaczynają się na linii startu. Rozpoczynają się setkami zwyczajnych dni, kiedy budzik dzwoni wcześniej niż zwykle, a trening wykonuje się nie dlatego, że ma się na niego ochotę, lecz dlatego, że jest częścią większego planu.

To doświadczenie niezwykle przypomina budowanie wartości w biznesie. Największe organizacje, podobnie jak najwybitniejsi sportowcy, nie powstają dzięki jednemu spektakularnemu działaniu. Ich siłą jest konsekwencja. Każdy dzień jest niewielkim krokiem, który sam w sobie wydaje się mało znaczący, ale z perspektywy lat buduje przewagę niemożliwą do osiągnięcia pojedynczym zrywem.

Anders Hansen w książce Mózg przypomina, że nasz mózg nie ewoluował po to, aby planować strategie na dekady, cierpliwie inwestować czy przygotowywać się przez rok do Ironmana.

Powstał po to, aby przetrwać. Dlatego biologicznie jesteśmy zaprogramowani na natychmiastową nagrodę. Trudno nam oszczędzać, inwestować długoterminowo czy cierpliwie budować formę, której efektów nie zobaczymy przez wiele miesięcy. Sport wytrzymałościowy jest fascynujący właśnie dlatego, że uczy nas działać wbrew temu mechanizmowi.

Każdy trening jest inwestycją. Nie przynosi natychmiastowej satysfakcji ani spektakularnych efektów. Jest raczej cichym depozytem składanym na konto przyszłej lepszej wersji samego siebie.

To jedna z najpiękniejszych lekcji długiego dystansu. Uczy ufać procesowi, nawet wtedy, gdy rezultat pozostaje jeszcze niewidoczny.

Może właśnie dlatego tak wielu ludzi rynku kapitałowego odnajduje się w sportach wytrzymałościowych. W obu przypadkach logika jest podobna. Największą wartość tworzy nie pojedyncza decyzja, lecz cierpliwa kumulacja dobrze wykonanej pracy.

Pierwszy pełny Ironman nauczył mnie jeszcze jednej rzeczy. Przez kilkanaście godzin organizm nieustannie wysyła sygnały, aby zwolnić. Niektóre są naturalnym elementem wysiłku, inne ostrzegają przed przekroczeniem granicy.

Prawdziwym przeciwnikiem nie jest jednak sam dystans. Jest nim sposób, w jaki interpretujemy zmęczenie.

Z wiekiem coraz bardziej przekonuję się, że odporność psychiczna nie polega na ignorowaniu dyskomfortu. Wręcz przeciwnie – wymaga uważności i umiejętności właściwego odczytywania sygnałów płynących z organizmu. Każdy, kto uprawia sporty wytrzymałościowe, wie, że istnieje zasadnicza różnica między naturalnym zmęczeniem będącym elementem adaptacji a bólem czy przeciążeniem, które są sygnałem ostrzegawczym.

Sztuką nie jest zagłuszanie tych sygnałów. Sztuką jest ich właściwa interpretacja.

Ta lekcja okazała się zaskakująco uniwersalna. Każdego dnia funkcjonujemy w ogromnym natłoku informacji, opinii i emocji. Większość z nich stanowi jedynie szum – chwilowe wahania nastrojów, medialne narracje, krótkoterminowe fluktuacje czy komentarze, które za kilka dni nie będą miały żadnego znaczenia. Znacznie trudniej dostrzec sygnały świadczące o trwałej zmianie trendu lub konieczności zmiany własnych założeń.

Claude Shannon, twórca teorii informacji, udowodnił, że każda cenna informacja dociera do nas w otoczeniu zakłóceń. Paradoks współczesności polega na tym, że nie cierpimy na niedobór danych, lecz na ich nadmiar.

Sport nauczył mnie, że ta sama zasada obowiązuje również w odniesieniu do własnego organizmu. Najważniejszą kompetencją nie jest odporność na ból. Jest nią odporność na nadmiar bodźców.

Zarówno na trasie Ironmana, jak i w biznesie czy na rynku finansowym, jakość decyzji zależy od umiejętności oddzielenia sygnału od szumu.

Każdy start pozostawił we mnie inną lekcję.

Berlin pokazał, że większość ograniczeń istnieje najpierw w naszej wyobraźni.

Ironman uświadomił mi, że długi dystans jest przede wszystkim sztuką zarządzania energią, a nie demonstracją siły.

Tokio zachwyciło kulturą procesu. Perfekcja nie była tam efektem talentu, lecz szacunku dla detalu i konsekwencji. To właśnie tam osiągnąłem rekord życiowy, ale z perspektywy czasu ważniejsza od wyniku okazała się lekcja cierpliwości i pokory wobec procesu.

Nowy Jork i Chicago przypomniały mi z kolei, że nawet najbardziej indywidualny wysiłek odbywa się we wspólnocie. Setki tysięcy kibiców tworzą energię, która niesie zawodników przez kolejne kilometry. Jednocześnie oba miasta pokazują, jak łatwo ulec tempu otoczenia. W świecie pełnym bodźców największą sztuką nie jest biec szybciej od innych, lecz zachować własny rytm.

Sydney nauczyło mnie jeszcze czegoś. Kryzys nie jest wyjątkiem. Jest częścią procesu.

Nie wygrywa ten, kto nigdy nie doświadcza trudnych chwil. Wygrywa ten, kto potrafi zachować kierunek mimo chwilowego spadku formy.

W tym roku do tej historii dopisały się kolejne dwa rozdziały – Boston i Cape Town.

Na pierwszy rzut oka trudno znaleźć dwa bardziej odmienne maratony. Boston to historia. Najbardziej rozpoznawalny maraton i symboli sportu wytrzymałościowego. Aby stanąć na jego starcie, nie wystarczy chcieć. Trzeba wcześniej wypracować wynik kwalifikacyjny. Sam fakt otrzymania prawa startu jest zwieńczeniem wielu miesięcy, a często lat systematycznej pracy. Boston przypomina, że prawdziwy prestiż nie rodzi się z marketingu ani popularności. Jest konsekwencją cierpliwie budowanego dorobku.

Cape Town symbolizuje z kolei przyszłość. Dołączenie do prestiżowego cyklu Abbott World Marathon Majors pokazuje, że świat nie stoi w miejscu. Nowe centra aktywności, innowacji i inspiracji pojawiają się tam, gdzie jeszcze niedawno niewielu się ich spodziewało. To dobra metafora współczesnej gospodarki. Świat nieustannie przesuwa swój środek ciężkości, a rolą liderów jest umiejętność dostrzegania tych zmian odpowiednio wcześnie.

To właśnie pomiędzy Bostonem a Cape Town najpełniej uświadomiłem sobie, że współczesne przywództwo coraz mniej przypomina sprint.

Przez wiele lat biznes premiował przede wszystkim szybkość działania, agresywny wzrost i zdolność do wygrywania kolejnych krótkich wyścigów. Dziś funkcjonujemy w świecie permanentnej niepewności. Geopolityka, transformacja energetyczna, cyberbezpieczeństwo, sztuczna inteligencja i zmienność rynków sprawiają, że decyzje coraz częściej podejmujemy przy niepełnej informacji.

W takich warunkach nie wygrywają najszybsi. Wygrywają najbardziej odporni.

Sport wytrzymałościowy uczy dokładnie tego samego. Nie chodzi o to, aby każdy kilometr pokonywać maksymalnym wysiłkiem. Chodzi o umiejętność zarządzania energią, emocjami i ryzykiem tak, aby zachować zdolność działania również wtedy, gdy inni zaczynają opadać z sił.

Coraz częściej myślę, że właśnie dlatego tak wielu przedsiębiorców, inwestorów i menedżerów odnajduje się w sportach wytrzymałościowych. Nie dlatego, że są one spektakularne, ale dlatego, że wymagają tych samych kompetencji, które decydują o jakości przywództwa -cierpliwości, konsekwencji, pokory wobec procesu i umiejętności myślenia w perspektywie lat, a nie tygodni.

Sport wytrzymałościowy dał mi jeszcze coś, czego nie spodziewałem się na początku tej drogi.

Stał się sposobem poznawania świata.

Turysta ogląda miasto z okien autobusu lub z perspektywy najważniejszych zabytków. Biegacz poznaje je od środka. O świcie, gdy ulice są zamknięte dla ruchu, a ich miejsce zajmują tysiące ludzi połączonych jednym celem. Każde miasto opowiada wtedy własną historię.

Tokio zachwyca spokojem i szacunkiem dla procesu.

Nowy Jork pokazuje niezwykłą energię różnorodności.

Chicago imponuje organizacją i rozmachem.

Boston przypomina o sile tradycji.

Cape Town zachwyca otwartością i pokazuje, jak dynamicznie zmienia się współczesny świat.

Biegnąc przez kolejne miasta, coraz częściej miałem poczucie, że nie kolekcjonuję medali. Kolekcjonuję doświadczenia.

Jest jednak jeszcze jedna rzecz, której wcześniej nie dostrzegałem.

Przez wiele lat sport był dla mnie przede wszystkim osobistą drogą rozwoju. Dzisiaj coraz większą satysfakcję daje mi możliwość inspirowania innych.

Od kilku lat w PKO Banku Polskim budujemy społeczność osób biegających i uprawiających triathlon. Z roku na rok obserwuję, jak coraz więcej pracowników decyduje się na pierwszy bieg, pierwszy półmaraton, pierwszy maraton czy pierwszy triathlon.

To niezwykłe doświadczenie.

Podczas tegorocznych Mistrzostw Polski PKO Banku Polskiego w triathlonie, rozegranych w ramach Challenge Gdańsk, po raz drugi z rzędu wygrałem swoją kategorię wiekową.

Był to miły sportowy akcent.

Ale największą dumę poczułem zupełnie gdzie indziej.Obserwowałem naszych kolegów i koleżanki z Banku, którzy po raz pierwszy stanęli na starcie triathlonu. Widziałem ich emocje przed startem, zwątpienie na trasie i ogromną radość po przekroczeniu linii mety.

To właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że prawdziwa wartość sportu nie polega na tym, jak szybko biegniemy. Polega na tym, ilu ludzi odważy się ruszyć razem z nami.

Entuzjazm ma niezwykłą właściwość  jest zaraźliwy.Odwaga jednego człowieka często staje się początkiem drogi dla kolejnych.

Coraz bardziej wierzę, że rolą lidera nie jest wyłącznie osiąganie własnych wyników. Rolą lidera jest tworzenie środowiska, w którym inni odkrywają możliwości, których wcześniej w sobie nie dostrzegali.

Jeżeli dzięki wspólnym inicjatywom choć kilka osób zaczęło regularnie się ruszać, przebiegło pierwszy maraton czy ukończyło pierwszy triathlon, jest to sukces, którego nie da się zmierzyć ani czasem na mecie, ani miejscem w klasyfikacji.Bo prawdziwą wartością sportu jest liczba ludzi, których udało się zachęcić do zdrowszego, bardziej świadomego życia.

Na początku napisałem, że największym deficytem współczesnego świata jest cierpliwość.

Dzisiaj dodałbym jeszcze trzy słowa. Wytrwałość. Ciekawość. Wspólnota.

Profesor Tadeusz Gadacz napisał kiedyś, że „droga jest ważniejsza od celu, ponieważ to ona nas zmienia.”

Im więcej lat spędzam w sporcie wytrzymałościowym, tym bardziej rozumiem sens tych słów. Triathlon i maratony nie nauczyły mnie wygrywania.

Nauczyły mnie cierpliwości wobec czasu, pokory wobec własnych ograniczeń i zaufania do planu treningowego. Pokazały, że prawdziwe przywództwo zaczyna się od umiejętności zarządzania sobą, a największą satysfakcję daje moment, w którym własna pasja staje się inspiracją dla innych.

Dlatego uważam, że sport wytrzymałościowy jest jedną z najlepszych inwestycji, jakie można zrobić w siebie. Jej stopa zwrotu nie jest mierzona medalami, rekordami ani miejscem w klasyfikacji.

Mierzy się jakością życia, spokojem podejmowanych decyzji, ludźmi, których udało się zainspirować do ruchu, i doświadczeniami, które zostają z nami długo po przekroczeniu linii mety.

Bo kiedy po latach patrzymy wstecz, nie pamiętamy już czasu na zegarku. Pamiętamy drogę, ludzi spotkanych po drodze i to, kim dzięki niej się staliśmy...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Blog Krzysztofa Dreslera
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.